1 września w nowej szkole. Państwo coraz mocniej wchodzi w wychowanie naszych dzieci

Jutro pierwszy dzwonek. Dla uczniów będzie to początek kolejnego roku szkolnego. Dla rodziców – początek nowej rzeczywistości, w której państwo po raz kolejny zdecydowało się mocniej ingerować w to, czego i w jaki sposób mają uczyć się ich dzieci. Od 1 września 2026 roku w polskich szkołach zaczyna obowiązywać kolejny etap reformy edukacji przygotowanej przez Ministerstwo Edukacji Narodowej kierowane przez Barbarę Nowacką. I trudno nie zadać pytania: gdzie w tej reformie jest miejsce na prawa i wolę rodziców?

Największe emocje budzi edukacja zdrowotna. I tym razem nie chodzi już tylko o spór o zakres programu. Chodzi o fundamentalną zmianę: przedmiot, który jeszcze w poprzednim roku szkolnym był nieobowiązkowy, od 1 września 2026 roku staje się przedmiotem obowiązkowym.

To nie jest drobna korekta.

W roku szkolnym 2025/2026 rodzic mógł zdecydować, że jego dziecko nie będzie uczestniczyło w edukacji zdrowotnej. Przepisy przewidywały możliwość rezygnacji z tych zajęć. Od nowego roku szkolnego sytuacja się zmienia. Edukacja zdrowotna w klasach IV–VIII szkoły podstawowej oraz w szkołach ponadpodstawowych staje się obowiązkowym zajęciem edukacyjnym. Czyli to, co jeszcze rok temu pozostawiano decyzji rodziców, dzisiaj państwo nakazuje. I właśnie tutaj zaczyna się problem, którego nie można sprowadzać wyłącznie do dyskusji o jednym przedmiocie.

Gdzie są prawa rodziców?

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej gwarantuje rodzicom prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. To nie jest przywilej przyznany przez ministra edukacji. To konstytucyjna zasada. Dlatego pojawia się fundamentalne pytanie: czy państwo może rozporządzeniem ministra zmienić sytuację, w której rodzic miał możliwość rezygnacji z określonych zajęć, w sytuację, w której udział dziecka w tych zajęciach staje się obowiązkowy? To właśnie w tym miejscu reforma przekracza granicę, której władza publiczna przekraczać nie powinna. Nie chodzi przecież o to, czy dzieci powinny wiedzieć, czym jest zdrowe odżywianie, pierwsza pomoc, higiena, uzależnienia czy zdrowie psychiczne. Takie elementy edukacji trudno kwestionować. Problem zaczyna się wtedy, gdy państwo uznaje, że wie lepiej od rodzica, czego jego dziecko powinno obowiązkowo uczyć się w sferze wychowania i kształtowania postaw.

A przecież rodzic nie traci swoich praw tylko dlatego, że dziecko przekracza próg szkoły.

„To tylko edukacja zdrowotna” – naprawdę?

Ministerstwo Edukacji Narodowej podkreśla, że obowiązkowe będą przede wszystkim treści dotyczące zdrowia fizycznego, psychicznego i społecznego, bezpieczeństwa, odżywiania, profilaktyki uzależnień czy pierwszej pomocy. Resort zaznacza także, że treści dotyczące zdrowia seksualnego mają mieć charakter nieobowiązkowy. Tyle że dla wielu rodziców problemem nie jest wyłącznie jeden konkretny zapis programu. Problemem jest zasada. Jeżeli państwo raz uzna, że może odebrać rodzicom możliwość decydowania o uczestnictwie dziecka w określonych zajęciach i zastąpić tę decyzję obowiązkiem szkolnym, to trudno nie zapytać, gdzie znajduje się granica tej ingerencji. Dzisiaj edukacja zdrowotna. Jutro może pojawić się kolejny przedmiot, kolejny program i kolejne treści, wobec których część rodziców będzie miała poważne zastrzeżenia. A rodzicowi pozostanie jedynie przyjąć do wiadomości, że ministerstwo wie lepiej.

To nie jest spór o religię

Warto podkreślić jedną rzecz. Ten spór nie powinien być sprowadzany do konfliktu między religią a edukacją zdrowotną. Rodzice mają różne poglądy. Jedni wychowują dzieci w duchu katolickim, inni są niewierzący, jeszcze inni mają poglądy liberalne czy konserwatywne. W demokratycznym państwie wszyscy powinni mieć jednak wspólne prawo do tego, aby państwo respektowało ich konstytucyjne prawa. Dlatego argument, że „przecież to tylko edukacja zdrowotna”, nie rozwiązuje problemu.

Pytanie brzmi: kto ostatecznie decyduje o wychowaniu dziecka – rodzic czy minister? Nie ma wątpliwości. Szkoła ma uczyć. Ma przekazywać wiedzę. Ma rozwijać umiejętności. Ma przygotowywać młodego człowieka do dorosłego życia. Ale wychowanie dziecka pozostaje przede wszystkim domeną rodziny.

Rozporządzeniem zamiast ustawy?

Jeszcze większe emocje budzi sposób wprowadzania zmian. Obowiązkowa edukacja zdrowotna została wprowadzona poprzez zmiany w przepisach wykonawczych dotyczących organizacji nauczania i ramowych planów nauczania. Jednocześnie ustawodawca zmienił odpowiednie przepisy Prawa oświatowego ustawą z 13 marca 2026 r. I właśnie dlatego pojawia się pytanie o granice delegowania tak istotnych kwestii na poziom rozporządzenia.

Jeżeli państwo zmienia sytuację milionów uczniów i ich rodziców, odbierając rodzicom możliwość rezygnacji z określonych zajęć, to trudno uznać, że jest to wyłącznie techniczna zmiana organizacyjna. Tak fundamentalna ingerencja w prawa rodzicielskie powinna być przedmiotem szczególnie szerokiej debaty publicznej, a przede wszystkim powinna mieć bardzo mocne i jednoznaczne umocowanie ustawowe. Nie można po prostu powiedzieć rodzicom: „do tej pory mogliście zdecydować, teraz już nie możecie”. To właśnie dlatego zarzut niekonstytucyjności tych rozwiązań powinien zostać potraktowany poważnie. Nie przesądza to oczywiście o wyniku ewentualnego postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym czy sądem. Ale sam problem konstytucyjny jest realny i nie powinien być zamiatany pod dywan.

Zmienia się także szkoła, którą znamy

Edukacja zdrowotna nie jest jedyną zmianą. Od 1 września 2026 roku rozpoczyna się wdrażanie nowej podstawy programowej szkoły podstawowej – najpierw w klasach I i IV, a następnie w kolejnych rocznikach. Reforma obejmuje również zmiany w sposobie nauczania poszczególnych przedmiotów. Zmienia się więc nie tylko jeden przedmiot. Zmienia się filozofia szkoły.  Zmieniają się akcenty w edukacji obywatelskiej, sposób podejścia do historii, literatury i wychowania. Zmiany w podstawie programowej zawsze oznaczają bowiem również zmianę odpowiedzi na pytanie, jakiego człowieka ma wychować polska szkoła. I tutaj należy zachować szczególną ostrożność. Polska szkoła nie może stać się miejscem realizacji programu żadnej partii politycznej – ani prawicowej, ani lewicowej. Ale nie może również odcinać młodego człowieka od jego historii, kultury, języka i tradycji. Uczeń powinien znać historię Polski. Powinien znać polską literaturę. Powinien wiedzieć, czym były najważniejsze wydarzenia, które ukształtowały współczesne państwo. Nie można budować świadomego obywatela poprzez wykorzenienie go z własnej historii.

Dziecko nie jest własnością państwa

W całym tym sporze warto wrócić do rzeczy najbardziej podstawowej. Dziecko nie jest własnością państwa. Nie jest własnością ministra edukacji. Nie jest również własnością żadnej partii politycznej. Jest członkiem rodziny, a rodzice mają konstytucyjnie zagwarantowane prawo do jego wychowania. Państwo ma obowiązek zapewnić dziecku edukację. Ma stworzyć szkołę, która nauczy je czytać, pisać, liczyć, rozumieć historię, naukę i świat. Powinna również przygotować młodego człowieka do odpowiedzialnego życia społecznego. Ale szkoła nie powinna zastępować rodziny. A tymczasem od 1 września 2026 roku rodzice dostają bardzo wyraźny sygnał: w pewnych sprawach państwo podejmuje decyzję za nich.

Oby ten eksperyment nie trwał zbyt długo

Obecny kierunek zmian w polskiej edukacji wymaga zdecydowanego przemyślenia. Nie każda reforma jest zła. Nie każda zmiana podstawy programowej jest ideologiczna. Nie każdy nowy przedmiot jest niepotrzebny. Ale obowiązkowa edukacja nie może oznaczać obowiązkowego wychowania według jednej wizji świata. Rodzice powinni mieć realny wpływ na to, w jaki sposób ich dzieci są wychowywane. Powinni mieć możliwość wyrażenia sprzeciwu wtedy, gdy państwo wkracza w obszary, które uważają za należące przede wszystkim do rodziny. Jeżeli w przyszłym roku dojdzie do zmiany władzy, nowy rząd powinien dokładnie przeanalizować wszystkie te rozwiązania. Jeżeli okaże się, że zostały wprowadzone zbyt daleko, powinien mieć odwagę je zmienić.

Polska szkoła potrzebuje reformy, ale nie potrzebuje ideologicznej wojny. Potrzebuje dobrego nauczania, szacunku dla nauczycieli, stabilnego programu i – przede wszystkim – szacunku dla rodziców.

Bo można zmieniać podstawy programowe. Można zmieniać podręczniki. Można zmieniać przedmioty. Ale jest jedna rzecz, o której żadna władza nie powinna zapominać: rodzic nie jest petentem we własnej szkole swojego dziecka. A państwo, które chce wychowywać dzieci wbrew woli ich rodziców, musi liczyć się z pytaniem, którego nie da się uciszyć żadnym rozporządzeniem: gdzie kończy się prawo państwa do edukowania, a zaczyna konstytucyjne prawo rodziny do wychowania własnych dzieci?

 

Andrzej Bugajski

 

 

 

Dodaj komentarz