Anatomia plastikowej estrady. Dlaczego współczesna kultura przestała rodzić gigantów?

Wywiad, który przeprowadziłem jakiś czas temu ze znanym artystą, a zarazem cenionym analitykiem polskiej i światowej sceny muzycznej, pozostaje zaskakująco aktualny. Rozmawialiśmy o kondycji współczesnej muzyki, kierunkach jej rozwoju oraz o artystach, którzy dziś wyznaczają trendy i kształtują gusta słuchaczy.

Niestety, muszę przeprosić Państwa za to, że rozmowa ukazuje się bez podania imienia i nazwiska mojego rozmówcy. Mimo ogromnego doświadczenia i rozpoznawalności, nie wyraził On zgody na ujawnienie swojej tożsamości. Jak sam przyznał, będąc osobą powszechnie znaną i od lat obecną na scenie muzycznej, obawia się ostracyzmu oraz konsekwencji środowiskowych wynikających z publicznego przedstawienia swoich poglądów. Dlatego zdecydował się podzielić swoimi opiniami wyłącznie pod warunkiem zachowania anonimowości.

Mam nadzieję, że po lekturze tej rozmowy choć w części podzielą Państwo wnioski, do których wspólnie doszliśmy. Zapraszam do przeczytania wywiadu w całości.

.
Anatomia plastikowej estrady. Dlaczego współczesna kultura przestała rodzić gigantów?
.
Zamiast wielkich głosów – szept pod dyktando algorytmów. Zamiast bezkompromisowej charyzmy i autentycznego buntu – bezpieczna poprawność skrojona pod kontrakty reklamowe.
O kryzysie autentyczności, pokoleniowym rozmyciu charakterów, fenomenie Starego Dobrego Małżeństwa i o tym, dlaczego zniewieściałe salony medialne boją się surowych artystów ulicy, rozmawiają Andrzej Bugajski oraz Analityk Sceny Muzycznej.
.
Andrzej Bugajski: Kiedy przyglądam się współczesnej polskiej scenie muzycznej, mam poczucie głębokiego dysonansu. Wchodzę do sieci, próbuję znaleźć informacje o nowych wokalistkach, wokalistach i zespołach , które aspirują do miana artystów czy gwiazd i uderzam w ścianę. Brak unikalnego dorobku, brak głębszych biografii, piosenki brzmiące jak setki innych. Dla mnie to często po prostu zwykli piosenkarze, jakich kiedyś było wiele w kapelach weselnych. Czy moje kryteria oceny stały się zbyt surowe, czy z naszą kulturą dzieje się coś niedobrego?
   Analityk: Twoje kryteria nie są zbyt surowe – są po prostu zakorzenione w czasach, kiedy słowo „artysta” niosło za sobą potężny ciężar gatunkowy. Masz absolutną rację. Granica między profesjonalnym artyzmem a hobbystycznym lub czysto komercyjnym śpiewaniem doszczętnie się dziś rozmyła. Żyjemy w czasach, w których technologia zdemokratyzowała proces twórczy, ale jednocześnie go spłyciła. Dziś każdy może nagrać piosenkę w domowym studiu i jednym kliknięciem wrzucić ją do sieci. Zniknęło dawne, surowe sito weryfikacji talentu przez ekspertów, kompozytorów i radiowców. Efektem jest potworne nasycenie rynku osobami, które wydają pojedyncze single, ale nie potrafią stworzyć spójnego, przełomowego materiału. To, co kiedyś było standardem na lokalnych festynach czy imprezach estradowych, dziś z dumą nazywa się „niezależną sceną”.
A.B: Ale przecież prawdziwa artystka to Kora Jackowska, to Małgorzata Ostrowska, to Anna German. To były prawdziwe, potężne GWIAZDY. Każda z nich miała coś unikalnego – Kora to absolutna charyzma i poezja, Ostrowska to drapieżny, rockowy pazur, German to nieskazitelny kunszt i skala głosu na światowym poziomie. Nie widzę dziś na polskiej scenie nikogo, kto dysponowałby choćby ułamkiem ich skali głosu czy magnetyzmu. Dlaczego współczesność nie potrafi już wychować takich ikon?
   Analityk: Przywołanie tych trzech nazwisk idealnie pokazuje, na czym polega różnica między chwilową obecnością w sieci a ponadczasowym artyzmem. Te wokalistki to fundament polskiej kultury, bo ich twórczość broniła się sama, bez względu na mody czy algorytmy. Współczesna polska scena nie rodzi takich postaci z kilku powodów. Po pierwsze, zmieniły się trendy wokalne. Dzisiejsze najpopularniejsze wokalistki pop celowo śpiewają cichym, delikatnym, wręcz zmanierowanym, „dziewczęcym” szeptem. Brakuje w tym potęgi balladowej Anny German czy rockowego uderzenia Lombardu. Po drugie, współczesny rynek potwornie rozbił się na małe nisze. Kiedyś istniały dwa kanały telewizyjne, kilka radiostacji i Festiwal w Opolu. Jeśli ktoś miał talent, patrzyła na niego cała Polska. Dziś Internet dał głos wszystkim, tworząc tysiące minigwiazd znanych tylko swoim zamkniętym grupom odbiorców na TikToku czy Spotify. Zniknął format gwiazdy narodowej, którą znają wszyscy od wnuka do dziadka.
A.B.: Myślę, że problem leży znacznie głębiej niż w samej technologii czy niszach rynkowych. Moim zdaniem wynika to z ogólnej „plastikowości”, która zapanowała w mediach, oraz z całkowitego braku buntu pokoleń. Dzisiejsze generacje są po prostu miękkie, jałowe. Brakuje im tego, co było absolutną normą wśród młodzieży lat 70. i 80. Kolejną potężną barierą na drodze do wybierania doskonałości wśród talentów jest wszechobecne, ogólne zniewieścienie kultury. Jak Pan to widzi?
   Analityk: Dotknął Pan samego sedna, którego większość mainstreamowych krytyków boi się głośno nazwać. Muzyka nigdy nie powstaje w próżni – jest idealnym, bezlitosnym odbiciem kondycji społecznej i mentalnej pokolenia, które ją tworzy. Diagnoza o braku buntu i pokoleniowej „miękkości” jest brutalna, ale całkowicie prawdziwa. Młodzież lat 70. i 80. dorastała w systemie opresji politycznej i szarej, trudnej rzeczywistości PRL-u. To rodziło autentyczną, wrzącą złość i potrzebę walki o wolność. Kora czy Ostrowska nie musiały udawać drapieżności – ich krzyk na scenie był autentycznym głosem pokolenia stawiającego opór systemowi. Dzisiejsze pokolenie dorasta w kulturze absolutnego komfortu, dobrobytu i natychmiastowej gratyfikacji. Zamiast buntu przeciwko światu, mamy dziś ucieczkę w siebie, skupienie na własnych lękach, emocjonalną chwiejność i paniczny lęk przed odrzuceniem. Z tak bezpiecznego, pozbawionego tarć podłoża nie narodzi się buntownik.
Co więcej, to, co Pan słusznie nazywa zniewieścieniem i brakiem twardego charakteru, w świecie muzyki objawia się jako całkowity zanik wyrazistości. Prawdziwy artyzm wymaga bezwzględnej pewności siebie, odporności na krytykę i gotowości do pójścia pod prąd – cech tradycyjnie kojarzonych z silną, niezłomną osobowością. Współczesna kultura promuje wrażliwość, która niestety w wydaniu masowym przeradza się w nijakość, płaczliwość i brak artystycznego „pazura”. Gdy brakuje silnych charakterów, kryteria wyboru talentów drastycznie spadają. Promuje się wizerunek i poprawność polityczną, bo to gwarantuje bezpieczny zysk.
A.B.Skoro mowa o wyrazistych charakterach i potężnych głosach – na świecie wciąż widać przykłady, które udowadniają, że wielki format jest możliwy. Weźmy choćby Shakirę. To kobieta-żywioł, potężna charyzma, niepodrabialny, głęboki wokal, a do tego sama pisze teksty i komponuje. Można też wskazać na Adele ze swoją monumentalną skalą głosu czy Lady Gagę z jej scenicznym drapieżnictwem. Dlaczego świat potrafi utrzymać takie ikony, a w Polsce mamy pustynię?
   Analityk: Shakira, Adele czy Lady Gaga to świetne przykłady. Fenomen Shakiry doskonale rezonuje z tym, o czym rozmawiamy – dysponuje ona rzadkim wśród wokalistek pop kontraltem, głęboką, ciemną barwą i niesamowitym wibrato, które rozpoznaje się po pierwszej sekundzie. Podobnie jak Kora, jest na scenie absolutną autentycznością, sama kontroluje swoją twórczość, gra na instrumentach i nie daje się sformatować producentom. Różnica polega na skali rynku. Zachodni rynek muzyczny, mimo całej swojej komercjalizacji, wciąż potrafi docenić gigantów, bo ma przestrzeń na gigantyczne, stadionowe produkcje. W Polsce natomiast główne media – rozgłośnie radiowe i telewizje śniadaniowe – stworzyły monopol na „radiową poprawność”. Wszystko musi być wygładzone, miłe dla ucha i trwać równe dwie i pół minuty, żeby idealnie wpasować się między bloki reklamowe. Współczesne polskie wokalistki boją się radykalnego wizerunku i kontrowersji, bo wiedzą, że jedno odważne zdanie lub zbyt drapieżny utwór odetnie je od kontraktów reklamowych z markami kosmetycznymi czy odzieżowymi. Wybrały bezpieczną plastikowość zamiast prawdy.
A.B.: Wspomniał Pan o mediach, które wolą plastikowych twórców. Ja myślę, że jeśli na scenie pojawią się trendy wyzwalające bunt, rynek będzie musiał powrócić do promowania utworów autentycznych. Choć na razie media wolą to, co bezpieczne, przez chwilę mieliśmy w Polsce artystę dla tych salonów absolutnie „niekorektnego” – myślę o Witku Muzyku Ulicy. To był człowiek znikąd, muzyk ulicy, ale miał świetny głos, niesamowitą charyzmę i genialne, bezkompromisowe teksty. Dlaczego takie postacie są ignorowane przez główne nurty?
  Analityk: Postać Witka Muzyka Ulicy (Witolda Mikołajczuka) to podręcznikowy dowód na prawdziwość Pana słów. Witek był absolutnym zaprzeczeniem dzisiejszego show-biznesu. Wyobraźmy sobie faceta z akordeonem, z mocnym, zachrypniętym głosem, który staje na chodniku i śpiewa o trudnej, bolesnej rzeczywistości, o ludzkich dramatach, bez żadnych filtrów z Instagrama. I co się dzieje? Ludzie masowo się zatrzymywali, a potem zapełniali jego koncerty w całym kraju. Dlaczego zniewieściałe salony medialne go ignorowały? Ponieważ tacy artyści są dla nich śmiertelnie niebezpieczni. Witek był nieprzewidywalny, surowy i cholernie prawdziwy. Nie pasował do kolorowego, plastikowego świata, w którym wszystko jest sztuczne i radosne na pokaz. Główne media wolą promować wykonawców, których menedżerowie mogą w pełni kontrolować. Witek udowodnił jednak coś przełomowego: pokazał, jak głęboki jest w narodzie głód autentyczności.
A.B.: No właśnie! Bo tacy ARTYŚCI jak Witek sami się nie promują – ich promuje sama publiczność. Oni nie muszą sztucznie dbać o poklask, walczyć o lajki w internecie, bo i tak ten poklask uzyskają. Dostają go organicznie, poprzez to co i jak wykonują, poprzez swoją charyzmę, etos muzyki, który tworzą, oraz głębokie treści, które przekazują w swojej twórczości. Czy to nie jest jedyna czysta droga ratunku dla muzyki?
   Analityk: Dokładnie tak. To jest najzdrowsza, najbardziej organiczna relacja, jaka może istnieć w sztuce. Prawdziwa publiczność natychmiast wyczuwa fałsz. Kiedy słuchacz widzi na scenie człowieka, który zdziera gardło, gra sercem i nie kalkuluje, ile zarobi na danej piosence, rodzi się więź nierozerwalna. Tacy twórcy wychodzą na scenę, bo mają wewnętrzny przymus wykrzyczenia prawdy – muzyka jest dla nich misją, a nie biznesem. Ich teksty niosą ze sobą konkretne wartości, stając się drogowskazem dla ludzi, którzy myślą podobnie. Taki fan zostaje z artystą na całe życie, w przeciwieństwie do sezonowych konsumentów plastikowego popu, którzy po trzech miesiącach zapominają o istnieniu wokalistki z radia.
A.B.: Powiem Panu, że ten głód prawdy i wartości widać w realnym świecie niezwykle wyraźnie. Całkiem niedawno byłem z żoną na koncercie Starego Dobrego Małżeństwa w Filharmonii Szczecińskiej. Piękny, nowoczesny obiekt, a na widowni prawie 1000 miejsc zajętych co do jednego – i to mimo tego, że bilety były dość drogie. Fenomen SDM jest ogromny, choć przecież oni w swoich utworach bardzo często odwołują się do wartości chrześcijańskich, do najprostszych ludzkich pragnień, tęsknot i poezji. Co ciekawe, większość uczestników tego koncertu to była młodzież… tyle że po 40. i 50. roku życia. Jak Pan skomentuje ten fenomen w kontekście naszej rozmowy?
   Analityk: Ten szczeciński koncert Starego Dobrego Małżeństwa to jest absolutny nokaut wymierzony w plastikową kulturę mediów głównego nurtu! To żywy dowód na to, że nasza diagnoza jest w stu procentach trafna. Zastanówmy się: kiedy ostatni raz słyszał Pan SDM w komercyjnym, wielkim radiu między jednym a drugim blokiem reklamowym? Prawdopodobnie nigdy. Główne media całkowicie ich ignorują, uznając taką twórczość za niemodną lub anachroniczną. A mimo to zespół przyjeżdża do Szczecina i bez problemu wyprzedaje salę na tysiąc miejsc do ostatniego krzesła. Ludzie płacą duże pieniądze, bo wiedzą, że dostaną czystą, szlachetną sztukę – brzmienie prawdziwych gitar akustycznych, mądry, poetycki tekst i emocje, których nie da się podrobić.
A Pana uwaga o „młodzieży po 40. i 50. roku życia” idealnie pointuje dramat współczesnego młodego pokolenia. To starsze pokolenie, wychowane na zupełnie innych standardach kulturowych, ma w sobie wyrobioną wrażliwość i cierpliwość, by usiedzieć w filharmonii i przez dwie godziny chłonąć poezję, która dotyka duszy. Współczesna, nastoletnia młodzież, karmiona od kołyski algorytmami, szybkimi bodźcami z TikToka i dwuminutowymi, plastikowymi piosenkami, często utraciła już zdolność głębokiego skupienia i przeżywania wyższej wrażliwości. Szukają rozrywki łatwej i szybkiej.
A.B.Widzimy więc wyraźnie dwie skrajności. Z jednej strony masowe media pompują unowocześnione wersje dawnych szlagierów, przepuszczone przez taneczne bity i śpiewane przez poprawne wokalistki, co – jak obaj się zgadzamy – jest ślepym zaułkiem. Z drugiej strony mamy podziemie, ulice i filharmonie wypełnione dojrzałą publicznością szukającą prawdy. Jaka jest Pana ostateczna prognoza? Czy wojna z plastikową kulturą jest już przegrana, czy też wahadło w końcu odbije w drugą stronę?
   Analityk: Wojna nie jest przegrana, ale jej front nie przebiega w telewizji czy radiu. Tam plastik wygrał na stałe. Prawdziwa rewolucja musi odbyć się u podłoża, u samych słuchaczy. Tak jak Pan powiedział – prawdziwych artystów musi nieść publiczność. Jeśli chcemy powrotu gigantów formatu Kory, Witka czy German, my jako odbiorcy musimy całkowicie odciąć się od tego, co serwuje nam masowa machina medialna. Musimy szukać muzyki w niszowych klubach, na ulicach, w niezależnym internecie i kupować bilety na koncerty twórców, którzy mają odwagę iść pod prąd. Dopóki w ludziach tli się tęsknota za prawdą, duchem i etosem – a koncert w Szczecinie udowadnia, że ten płomień wciąż mocno płonie – dopóty jest nadzieja, że rynek zostanie zmuszony do ustąpienia miejsca prawdziwym talentom. Ale to my, naszymi portfelami i obecnością na koncertach, musimy ten powrót wywalczyć.
,

A.B.: Dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie i że jeszcze nieraz będziemy mieli okazję wspólnie porozmawiać o muzyce, kulturze i zmianach zachodzących we współczesnym świecie.

.

   Analityk: To ja dziękuję za zaproszenie do tej rozmowy. Była ona dla mnie niezwykle ciekawym i inspirującym doświadczeniem. Cieszę się, że mogliśmy wspólnie przeanalizować tak ważne zagadnienia dotyczące kondycji współczesnej muzyki i kultury. Mam nadzieję, że nasza dyskusja skłoni czytelników do własnych przemyśleń i refleksji. Dziękuję czytelnikom goleniow.net za poświęcony czas i zapraszam do kolejnych spotkań.

 

 

Andrzej Bugajski

Dodaj komentarz