W gminnym księstwie sprawy się nie kończą – pominięty szczegół może wywołać rewolucję.

W gminnym księstwie nad rzeką Iną, gdzie sesje odbywały się z należnym majestatem, a każde słowo starannie zapisywano w protokołach, zebrała się rada by rozwikłać sprawę, która – jak twierdzono – mogła wstrząsnąć fundamentami demokracji. Dotyczyła jednego z możnych, któremu zarzucono, że żyje w innym królestwie.

Dyskusja była gorąca. Jedni bronili, inni oskarżali, a wszyscy patrzyli na siebie z tym znajomym błyskiem w oku – niby powaga, a jednak każdy wiedział, że to teatr z dawno rozpisanym scenariuszem. Oburzenie niektórych radnych sięgnęło zenitu. „Jak można podważać oświadczenie wielmoży!” – pytali. „Przecież sam radny je podpisał!” A skoro tak, to znaczy, że musi być prawdziwe. Kto śmiał takie kalumnie na światło dzienne wyciągać?

I tak rada badała każdy papierek, każdy meldunek, każde wystąpienie i każdy PIT. Badała tak wnikliwie, że nawet najbardziej wytrwały stenograf ledwie nadążał z notowaniem. Wszyscy byli pewni, że oto wreszcie prawo zostało obronione, a sprawiedliwość zatriumfowała. Ten co lat tyle księstwu służył u boku księcia Roberta, mógł odetchnąć z ulgą i dalej swój spektakl grać. Wszak to on winien książęcy tron przejąć, a nie ten chłystek Krzysztof.

Tylko że… w całym tym zgiełku, wśród przemówień, oklasków i wielkich słów – zapomniano o małym, niepozornym szczególe. W oczy się nie rzuca, a jednak potrafi przewrócić do góry nogami nawet najdoskonalszy scenariusz.

Mówią, że los lubi ironię. Ledwie kurz po głosowaniu opadł, a już gdzie indziej – w cieniu tych samych murów – pojawiła się druga, bardzo podobna historia. Tym razem dotyczy kogoś, kto przez lata siedział po drugiej stronie stołu. Kto znał zasady, przepisy, terminy… a jednak i tu coś się nie złożyło tak, jak powinno. Niektórzy powiedzą, że to zwykły zbieg okoliczności. Inni – że pogłoska jeno. A może po prostu znak, że w tym księstwie za nic mają prawo w księgach zapisane? Nie wszystko jednak ujawnić możemy – czasem to, co pozostaje w cieniu, mówi więcej niż najgłośniejsze oklaski.

Sama rada? Cóż, wygląda na to, że faktycznie do detektywów im daleko, a i przegląd dokumentów nie był aż tak skrupulatny bo mały, złośliwy dla dwóch radnych szczegół umknął. Bo kto by tam pytał o drobiazgi zapisane w księgach, skoro wszystko zdawało się takie jasne, a świadectwa tak dobrze uporządkowane.

A teraz sprawa trafiła wyżej – do tych, którzy nie siedzą w sali obrad, nie ściskają dłoni po głosowaniu, nie klepią się po plecach przy wspólnych decyzjach. Do tych, którzy patrzą z boku, chłodno i rzeczowo, i nie dają się oczarować gminnym majestatem. Tam ktoś w biurach, gdzie litera prawa waży więcej niż złoto, pochyli się nad tym „szczegółem”, którego w sali obrad nikt nie dostrzegł.

Bo w gminnym księstwie jak w teatrze, aktorzy mogą gestykulować, krzyczeć, bić brawo i walić w stół – a i tak drobiazg, który ma moc przewrócenia scenariusza, może przejść niezauważony. Morał? Nawet najwięksi władcy własnej sali obrad nie zawsze widzą, co mają tuż pod nosem. Czasem wystarczy mały szczegół, by w bajce pojawił się drugi akt – i żeby cały tłum widzów zaniemówił.

A być może już za rogiem czeka kolejna scena, której nikt się nie spodziewał?

 

Satyra – bajka napisana przez – Zespół Portalu goleniow.net

 

 

 

 

Dodaj komentarz