Budują kanalizacje? – Czyli jak wsadzić Cię na minę
Wyobraź sobie taką scenę: przez całą wieś sunie inwestycja, dumna i nowoczesna. Są rury, są przepompownie, są nawet kolorowe mapki, wizualizacje i ogłoszenia w urzędowym biuletynie: „inwestycja, która zmieni jakość życia mieszkańców”. I rzeczywiście — zmieniła. Niektórym na lepsze, innym na bardziej kosztowne.
Rura kanalizacyjna dociera do granicy działki, ale… nie ma tego, co powinno być najprostsze, najbardziej podstawowe i absolutnie niezbędne – studzienki rewizyjnej. Mały szczegół? Tylko z pozoru. Bo bez niej to tak, jakby ktoś zaproponował ci drzwi bez klamki — niby wejście jest, ale nie da się z niego skorzystać.
Ta niepozorna pokrywa w ziemi, przez którą można coś wyczyścić albo skontrolować, nie jest żadną fanaberią. Zgodnie z przepisami techniczno-budowlanymi, to obowiązkowy element przyłącza kanalizacyjnego. I co najważniejsze — to inwestor sieci, nie właściciel działki, powinien ją wykonać. Tyle mówi prawo. W teorii.
W praktyce wygląda to tak: mieszkańcy otrzymują przyłącze zakończone ślepo pod ogrodzeniem. Bez studzienki. Bez możliwości odbioru. Bez możliwości podłączenia się. Ale za to z listem z urzędu z informacją, że „należy się bezzwłocznie przyłączyć do sieci kanalizacyjnej”, bo inaczej kara. I to nie mała – 100 zł na początek, 5 tysięcy w perspektywie.
Niektórzy, nieświadomi tego braku, pośpiesznie podłączali się do sieci na własny koszt, budując brakujące studzienki rewizyjne. Tak, dokładnie – mieszkańcy dopłacali do inwestycji, którą ktoś wcześniej uznał za zakończoną sukcesem. Może następnym razem powinni od razu startować w przetargu jako współinwestorzy?
Co bardziej intrygujące — znikoma część szczęśliwców problemu nie ma, bo… akurat przy ich posesjach zlokalizowano na magistrali kolektor kanalizacyjny albo po prostu studzienkę główną. Zupełnie przypadkiem. Los tak chciał? A może ktoś po prostu wiedział, gdzie warto zakończyć sieć porządnie.
I tu pojawia się pytanie, które aż się prosi o zadanie: czy inwestor, wykorzystując niewiedzę mieszkańców, nie próbował przypadkiem „optymalizować kosztów”, pomijając wykonanie tego jednego – ale przecież niezbędnego – elementu? Ktoś w końcu za te brakujące studzienki zapłacił. I nie był to wykonawca.
Ale to nie koniec. Bo zamiast wyjaśnić problem, urzędnicy i pracownicy ochrony środowiska wysyłają wezwania, grożą grzywnami i powołują się na ustawę o utrzymaniu czystości oraz gminny regulamin, jakby świat zaczynał się i kończył na tych dwóch dokumentach. Zapominają przy tym, że istnieją również przepisy prawa budowlanego i rozporządzenia techniczne, które jasno regulują, kto i jak powinien wykonać przyłącze.

Można odnieść wrażenie, że urzędowy segregator z „gotowymi wzorami pism do wysyłania” nie zawiera takich „drobiazgów” jak § 122 ust. 1 rozporządzenia Ministra Infrastruktury z 2002 roku. A szkoda, bo to właśnie tam czarno na białym zapisano, że instalacja kanalizacyjna kończy się na pierwszej studzience od strony budynku.
Mówiąc po ludzku: to ta studzienka przy ogrodzeniu, przy granicy Twojej działki, a nie jakiś losowo wystający kawałek rury w ziemi, wyznacza koniec Twojej części instalacji.
A skoro to koniec Twojej instalacji, to wszystko dalej – czyli za studzienką – należy do gminy lub jej spółki, która budowała kanalizację.
Więc jeśli tej studzienki nie ma, to przyłącze jest zwyczajnie niedokończone.
A skoro jest niedokończone, to naprawdę nie można oczekiwać, że ktoś się do tego „czegoś” podłączy – no chyba że z łopatą, betoniarką i własnym projektem budowlanym.
Czy zatem można mówić o „gotowej sieci kanalizacyjnej”, jeśli nie spełnia podstawowych wymogów technicznych? Czy można karać kogoś za brak podłączenia, jeśli to gmina (a dokładniej – jej spółka) nie wykonała niezbędnego elementu, by ten obowiązek w ogóle mógł być realnie spełniony?
Tak więc, jeśli ktoś z urzędu pisze do ciebie, że „masz obowiązek się podłączyć”, zapytaj go, czy przyłącze jest zgodne z prawem budowlanym i warunkami technicznymi. A jeśli nie wie — to może niech najpierw zajrzy do właściwego rozporządzenia, zanim wyciągnie blok mandatowy.
Bo w końcu nie powinno się karać kogoś za coś, czego nie jest w stanie zrobić, bo ktoś inny nie wykonał swojej pracy. A jeśli ktoś nadal uważa, że problemu nie ma — niech sam spróbuje spuścić wodę do rury zakończonej ślepym końcem.
(red.)


